W październiku 2016 roku kilka wskazywało na to, iż jeden z najbardziej znanych współczesnych zespołów metalowych, Avenged Sevenfold, wypuści nowy album. Ich poprzedni krążek – „Hail To The King” – wciąż święcił sukcesy sprzedażowe i grupa nie wydawała się potrzebować rychłej premiery kolejnej płyty.
Wszystko zmieniło się jednak 28 października ówczesnego roku, kiedy zupełnie nieoczekiwanie zespół wypuścił album o tytule „The Stage”. Choć czysto teoretycznie, w marcu ówczesnego roku A7X opublikowało fragment jednego z nowych utworów, „Exist”, cały projekt pozostawał w tajemnicy, a jego premiera nie była powiązana z żadną większą kampanią. Stąd wielu fanów zaskoczyła premiera płyty.
Również sam zespół raczej niekoniecznie nastawiał się na tak ciepły odbiór „The Stage”, zważając na kontekst jego wydania. „Hail To The King”, mimo ogólnego sukcesu, zostało wyraźnie skrytykowane przez wieloletnich słuchaczy zespołu za brak oryginalności, a choćby oskarżenia o splagiatowanie wielu rockowych i metalowych utworów z lat 90. (jak np. „This Means War”). Tymczasem grupa złożona z Matta Shadowsa, Zacka Vengeance’a, Johnny’ego Christa i Synystera Gatesa tworzy album plasujący się na drugim skraju spektrum innowacyjności.
W 2015 roku do zespołu dołączył nowy perkusista – Brooks Wackerman. Zastąpił on Arina Illeya, który w 2011 roku zajął miejsce Mike’a Portnoya, który z kolei zastępował The Reva… Nieważne. W każdym razie były członek Bad Religion nadał albumowi zupełnie inne brzmienie – mniej agresywne, bardziej jazzowe i zdecydowanie oryginalne. Innymi słowy idealnie wpasował się w koncept płyty.
„A blueprint of a man created in the dark”
Koncept był bowiem tym, co tak wyróżniało i wyróżnia „The Stage” na tle innych projektów grupy. Kapela wiele razy eksperymentowała z różnymi muzycznymi gatunkami. W ten sposób fani otrzymywali od nich metalcore w „Waking the Fallen”, heavy metalowe „City of Evil” czy pełne country rocka utwory na albumie „Avenged Sevenfold”, takie jak „Gunslinger” czy „Dear God”. „The Stage” było jednak pierwszą płytą, przy której artyści zdecydowali się na metal progresywny, oparty na częstych zmianach tonacji, metrum czy skomplikowanych kompozycjach. Trzeba jednak pamiętać – sami muzycy przyznawali, iż już w utworze „Save Me” z 2010 roku inspirowali się Dream Theater, jednym z bardziej znanych zespołów metalu progresywnego.
Wyjątkowa była też tematyka, którą A7X poruszyli na samym albumie. Dotyczyła ona technologii, robotyki, człowieczeństwa czy sztucznej inteligencji – i pod wieloma względami jest to płyta aktualna również dzisiaj. Można powiedzieć, iż zespół wreszcie spełnił swoje marzenie o stworzeniu albumu koncepcyjnego. Pierwsze plany pojawiały się już podczas komponowania „City of Evil”, a prawdziwie złożonym projektem miał zostać „Nightmare” z 2010 roku. Jednak z powodu śmierci ich ówczesnego perkusisty, Jimmy’ego Sullivana, w grudniu 2009, odrzucono pierwotny pomysł. W ten sposób z albumu, który miał skupiać się wokół religii i polityki, powstał wręcz żałobny epos poświęcony ich przyjacielowi.
„Who is the crowd that peers through the cage?”
„The Stage” otwiera tytułowy utwór i od samego początku czuć, iż klimat będzie zupełnie inny niż w przypadku poprzednich płyt zespołu. Choć już w „Self-titled” w 2007 roku fani zostali zaatakowani dźwiękiem organów, tutaj są one oparte na tonacji molowej, rozstrojone, a całość została mocno przesterowana na etapie produkcji. Zaraz po nich pojawia się zarówno gitarowa solówka Gatesa oraz perkusja Brooksa pokazujące, iż to jednak przez cały czas ten sam Avenged Sevenfold – ciężki, surowy i technicznie znakomity.
Najbardziej chyba zaskoczyć mógł progres liryczny zespołu. Czy A7X pisał dobre, czy złe teksty w przeszłości, można by się kłócić w nieskończoność, ale na pewno „The Stage” zdobył nową, poetycką jakość. Wystarczy choćby przytoczyć refren pierwszego utworu: „Tell me a lie in a beautiful way / I believe in answers, just not today” (pol. „Skłam w piękny sposób / Wierzę ci, tylko nie dziś”). Łącząc to z ogólnym przekazem piosenki stanowiącej gorzkie zderzenie człowieka z jego historią, całość uderza zdecydowanie bardziej niż sam krzyk, dobra solówka czy bijące w pierś bębny perkusji.
„Hey, can’t you see we’re tripping on the wire?”
Utwory w „The Stage” można podzielić na trzy robocze kategorie: metal refleksyjny, zachwyt nad wszechświatem i bunt przeciw światu. Tytułowa piosenka należy do trzeciej kategorii, w której króluje jeszcze „God Damn”, odbiegające nieco od reszty albumu. Nie jest to bowiem długa, progresywna, skomplikowana i pełna technicznych niuansów pozycja, a krótki, około czterominutowy utwór thrash metalowy z charakterystycznym, ciężkim gitarowym riffem. Ironiczne, iż to właśnie te dwie piosenki doczekały się teledysków.
Do metalu refleksyjnego można zaliczyć choćby „Paradigm”, „Fermi Paradox” czy „Creating God”. Pierwszy mówi o powolnej zamianie ciała w metal, komentując tym samym nadmierną robotyzację czy sam koncept łączenia człowieka z technologią. Z kolei tytuł „Fermi Paradox” mówi sam za siebie. Paradoks Fermiego to bowiem sprzeczność między wielkością wszechświata i co za tym idzie, wysokim prawdopodobieństwem istnienia cywilizacji pozaziemskich, a brakiem jakichkolwiek ich śladów. Utwór zadaje pytanie: kim jesteśmy my, aby dążyć do odkrycia czegoś w pustce, jaką wydaje się kosmos?
„Creating God” to natomiast bodaj druga, zaraz po „The Stage”, najważniejsza pozycja w całym albumie. Piosenka traktuje o sztucznej inteligencji, która rozwija się w zatrważającym tempie. Podaje w wątpliwość ludzkie możliwości zatrzymania tego procesu i w końcu granicy między człowiekiem a tytułowym nowym „Bogiem”. Zresztą temat „boga” jako takiego pojawia się też w mocno osadzonym w religii „Angels”, a sam zespół powróci do tego tematu w 2022 roku za sprawą „Life Is But A Dream”.
Druga kategoria obejmuje takie ballady jak „Roman Sky” oraz „Exist”. Pierwszy mówi wiele o inspiracjach A7X. W czwartym odcinku autorskiego podcastu TRAX (luty 2023) muzycy opowiedzieli o kulisach powstania utworu, który oparli na postaci włoskiego astronoma i filozofa, Giordana Bruna, jednego z niewielu badaczy XVI wieku uznających wszechświat za nieskończony, a Układ Słoneczny za jeden z niezliczonych układów planetarnych. W 1600 roku oskarżony o herezję został on spalony na stosie. „Roman Sky” oddaje hołd jego dziedzictwu, co słychać w słowach: „Though they took your voice / words forever shine” (pol. „Choć zabrali ci głos / twe słowa wciąż lśnią”).
„Just a man, history will teach us nothing more”
„Exist” to natomiast kulminacja całego albumu. Trwający ponad 15 minut utwór stanowi refleksyjną, w dużej mierze instrumentalną podróż, gdzie wokal Matta Shadowsa wraz z oszczędnym tekstem pojawiają się dopiero w połowie. Na końcu natomiast słyszymy trzyminutowy monolog słynnego astrofizyka, Neila deGrasse’a Tysona, na temat wszechświata oraz znaczenia jego eksploracji dla ludzi. To zwieńczenie wędrówki po zakamarkach kosmosu. „Exist” zaczyna się bowiem spokojnie i melancholijne, by nagle eksplodować Wielkim Wybuchem, a przy tym ukazać nie tyle powstanie świata, ile jego tytułowe istnienie.
10 rocznica „The Stage” to nie tylko świętowanie powstania po prostu bardzo dobrej płyty muzycznej – to bowiem zawsze należeć będzie w mniejszym lub większym stopniu do indywidualnego gustu słuchacza. „The Stage” jest przede wszystkim nad wyraz uniwersalnym tematycznie albumem, a jego znaczenie dla dzisiejszej refleksji o technologii czy – rzecz jasna – sztucznej inteligencji jest niebagatelne. 10 lat później wydaje się, iż większość utworów nie zestarzała się, a wręcz stała jeszcze celniejsza w diagnozie społeczeństwa i jego problemów. Warto więc zanurzyć się na ponad 70 minut w piękno wszechświata – najlepiej nocą, ze wzrokiem wpatrzonym w czarne niebo.
Jacek ADAMCZAK














