Życie, miłość i śmierć Sebastiána

filmweb.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: plakat


Trzy postaci, trzy różne daty, trzy – w teorii oddzielne – historie i jeden wspólny temat: miłość. Na papierze "La Bola Negra" w reżyserii Javiera Calvo i Javiera Ambrossi brzmi nader ambitnie – jak zresztą większość tytułów z festiwalu w Cannes. Tegoroczny konkurs nieustannie bombarduje nas metahistoriami. Film w filmie ("Historie równoległe", "The Beloved", "Gorzkie święta", "Teenage Sex"), teatr w filmie ("Soudain"), czy też fikcja w życiu, lub życie w fikcji – moment, w którym twórca bierze kawałek prawdy historycznej i robi z niej swoją własną "prawdę". Do tej ostatniej kategorii należą "Ojczyzna" Pawła Pawlikowskiego, "Notre Salut" Emmanuela Marre oraz ten mały wielki hiszpański film.

"La Bola Negra" zdaje się prawdopodobnie największym zaskoczeniu tegorocznego konkursu. Film całkiem niespodziewanie otrzymał aż 20-minutową owację. To queerowy epos o bohaterach, którzy widzą się nawzajem w swoich oczach i myślą o własnych duszach. Jeden z nich, Carlos (Milo Quifes), w 1932 roku stara się wspiąć na szczyt hiszpańskiej drabiny społecznej. Uprzedzone tuzy nie chcą jednak wprowadzić go na salony – homoseksualiści nie mają tam wstępu, są traktowani jako balast. Drugi – najważniejszy – czyli Sebastián (świetnie sportretowany przez popularnego muzyka Guitarricadelafuente), w 1937 roku stara się przeżyć i kochać w trakcie wojny domowej w Hiszpanii. Kiedy poznaje zranionego Rafaela (Miguel Bernardeau), jego świat zmienia się o 180 stopni. Trzeci zaś – zwany Albertem (równie utalentowany Carlos González) – pracuje jako historyk i stara się odkryć prawdę o swoim niedawno zmarłym dziadku.

Główną inspiracją dla tego filmowego kolosa jest twórczość Federico Garcii Lorci, jednego z czołowych przedstawicieli Pokolenia 27, który zginął przedwcześnie, brutalnie zamordowany. Tytuł filmu pochodzi od jego niedokończonego utworu ("La Bola Negra") – Lorca napisał jedynie cztery strony swojego ostatnie projektu. Twórcy stawiają fundamentalne pytanie: co by było, gdyby reszta tej sztuki faktycznie istniała? I w jaki sposób ten manuskrypt mógłby wpłynąć na bohaterów?

"La Bola Negra" przypomina nam o sile kina. Albo inaczej – o tym, iż nic nie zastąpi nam ludzkiej wyobraźni. Imaginacja obu Javierów odpowiedzialnych za ten epokowy projekt nie ma granic. Decydują się na "zawłaszczenie" prawdy historycznej i akt współczesnej grafomanii – czyli dopisanie reszty "La Boli Negry" w formie filmu. Taki zabieg trącił kiczem, ale wyszło z tego coś wyjątkowego. Dzieło wysublimowane, refleksyjne i – co najważniejsze – poruszające każdą możliwą strunę.

Różne odsłony miłości stają się tematem przewodnim filmu – spirala uczucia dotyka praktycznie każdą postać: nieważne, pierwszo- czy drugoplanową. Każdy z bohaterów okazuje miłość w niejednoznaczny sposób, ale ważne, iż każdy z nich kocha. Kamera dotyka i przenika przez postacie niczym najczulszy kochanek – pieści ich ciała, zbliża się do twarzy, dłoni czy torsów, starając się uchwycić to, w jaki sposób każdy z protagonistów przeżywa silne emocje związane z własną tożsamością oraz orientacją. Filmowe miłostki nabierają kolejnych znaczeń wraz z odsłanianiem kolejnych fabularnych kart. Sposób, w jaki twórcy dawkują nam poszczególne informacje o bohaterach, bardzo przypomina tradycję literatury iberoamerykańskiej – w tym sensie, iż metafikcje zalewają prawdę historyczną (wojna domowa w Hiszpanii), tworząc czuły mariaż niby odległych, a jednak bliskich nam czasów.

"La Bola Negra" w pełni rozumie, czym jest uczucie totalne: może ono otworzyć nam wrota do miejsc niedostępnych dla zwykłych śmiertelników (twórcy mieszają tu historię z czymś w rodzaju autorskiego realizmu magicznego), czy – wręcz przeciwnie – zaprowadzić nas na same dno rozpaczy. Wawrzyny są czerwone – namalowane siłą miłości. Ale też zakrwawione. Czy terror wojny jest w stanie powstrzymać rozkwit prawdziwej miłości?

Najbliżej filmowego epicentrum leży życie, miłość i śmierć Sebastiána. Losy Carlosa i Alberta stanowią rozwidlenie tej ścieżki – ale konkluzje ich wątków się od niego uzależnione. W "La Bola Negra" zresztą miłość często idzie w parze ze śmiercią – szczególnie w trakcie wojny domowej; w świątyni patriarchatu zwanej Hiszpanią, w której nie ma miejsca na queerowość i akceptację własnego, wewnętrznego ja. W pewnym momencie przestaje być ważne, kto przeżył, kto zginął, kto jeszcze walczy o życie – według twórców oraz samego Lorci, którego duch unosi się nad tą monumentalną opowieścią, najważniejsze będzie, kto potrafił żyć; kto był w stanie przejść przez to życie na godnych i własnych zasadach.

Epickie powieści zwykle mają to do siebie, iż nie zawsze spełniają obietnicę, zawodząc – najczęściej – na ostatniej prostej. Tak miało być i w tym przypadku – obawiano się, iż ten kolos okaże się mieć gliniane nogi. Analogiczna sytuacja miała choćby miejsce rok temu w Cannes, kiedy to podobny formalnie dramat Maschy Schilinski "Wpatrując się w słońce" nie do końca spełnił oczekiwania widzów. A jednak "La Bola Negra" nie ugięła się pod ciężarem własnych ambicji. Spokojnie moglibyśmy położyć ten film na półce obok Faulknera, Woolf, czy innego Márqueza. Kino przeplata się tu z literaturą: to romans, który – miejmy nadzieję – dopiero zaczyna rozkwitać.
Idź do oryginalnego materiału