Owen Wilson przeniósł się do przeszłości w “O północy w Paryżu”, Eric Bana zagrał słynnego podróżnika w “Zaklętych w czasie”, a Domhnall Gleeson w “Czasie na miłość” (na marginesie trzeba dodać, iż Rachel McAdams powinna dostać jakąś nagrodę za całokształt, biorąc pod uwagę, iż zagrała we wszystkich trzech wymienionych filmach…) To tylko kilka z niezliczonych przykładów na to, iż historie o miłości i podróże w czasie tworzą wyjątkowo zgraną, kinową parę od lat. W końcu dla potencjalnego bohatera czy bohaterki, cofnięcie się w czasie lub możliwość zobaczenia swojej przyszłości, to idealny katalizator do refleksji i zmian, prawda? Tym właśnie tropem musieli iść twórcy “Wielkiej, odważnej, pięknej podróży”, czyli nowego filmu spod znaku miłosnych czasowych zawirowań. Czy udało im się spełnić oczekiwania widzów, tak jasno określone w samym tytule? Cóż, jeżeli nie chcecie czekać, możecie… po prostu przenieść się w czasie do końca tej recenzji.
Szersza publiczność zdążyła poznać Kogonadę, reżysera “Wielkiej, odważnej, pięknej podróży”, przy produkcjach takich jak “Yang” (również z Colinem Farrellem), “Pachinko” czy “Gwiezdne wojny: Akolita”. Za scenariusz odpowiedzialny był natomiast Seth Reiss, scenarzysta “Reżimu” i “Menu”. Biorąc więc pod uwagę filmografię obu panów, po ich wspólnej produkcji można było oczekiwać spektakularnego hit or miss.

“Wielka, odważna, piękna podróż” od początku przyznaje się do tego, jakiego typu historią chce być — przewrotną, barwną, ekscentryczną. Bohaterowie (Sarah i David) rozmawiają ze sobą w cudaczny sposób, noszą kolorowe ubrania (głównie Sarah), uśmiechają się szeroko i poddają się podróży, którą przygotował dla nich magiczny GPS. Mają tworzyć niespodziewanie dobraną parę, która musi pomóc sobie nawzajem w odnalezieniu klucza do szczęścia. Jak podejrzewamy, ten klucz ma się kryć gdzieś w przeszłości. Na tym etapie pewnie wrzuciłabym “…Podróż” do tego samego worka, co “Amelię”, czy “Grand Budapest Hotel”. Wiecie, do kanonu tych uroczo-dziwacznych filmów, które kochamy, a to, jak są stylizowane, tylko sprawia, iż kochamy je jeszcze bardziej.
Tak, “Wielka, odważna, piękna podróż” wyróżnia się zdjęciami, które dodatkowo dzięki kostiumom i scenografii tworzą obrazy warte zapamiętania. Sama podróż Davida i Sary obfituje w mnóstwo krajobrazów, ale nie tylko. Bo to żółta parasolka, drzwi na środku wzgórza, pluszowy miś, balony i kolorowe stroje głównej bohaterki przywodzą na myśl najsłynniejsze filmy animowane i oddają charakter całej historii.

Na uwagę zasługuje też soundtrack filmu, który obok zdjęć jest jedną z jaśniejszych stron “Wielkiej, odważnej, pięknej podróży” i który bardzo mnie zaskoczył. W ścieżce dźwiękowej pojawiły się Mitski i Laufey, czyli królowe piosenek, które łamią serca, ale pojawia się także Gracie Abrams czy Of Monsters and Men.
Niestety muszę tu postawić ogromne ALE… Ale piękne kadry nie wystarczą. Utwory, które po wyjściu z kina dodałam do ulubionych, też nie. Mnie nie wystarczyły. I tutaj porównania do “Amelii” i filmów Wesa Andersona się kończą.
Sama historia, która składa się z różnych “drzwi”, przez które przechodzą nasi bohaterowie, żeby przenieść się do przeszłości, wydaje się raczej płaska. Sarah i David niby mają konkretne cechy charakteru, dowiadujemy się dużo o ich przeszłości, błędach, tym, co lubią, a czego nie, ale wszystkie te rzeczy nie łączą się w spójną całość, nie tworzą prawdziwej chemii między postaciami. To niestety częsty problem w filmach, które opierają się na romantycznych relacjach. Ten sekretny przepis na sukces, składający się z wiarygodnych bohaterów, ciekawej podróży i chemii między aktorami często spędza sen z powiek scenarzystom. Moim zdaniem tym razem zabrakło tych dwóch pierwszych składników.

Największy problem w tej historii mam z główną bohaterką, Sarą. Jest napisana na modłę tak zwanych manic pixie dream girls — typowych, żeńskich postaci, które mają być zabawne, beztroskie, szalone, z dziwnymi (ale zawsze atrakcyjnymi) przywarami. Takie, które naszego męskiego bohatera wyrwą z nudnej codzienności. Które będą tańczyć w deszczu, jeść fast foody i zdecydowanie nie będą jak inne dziewczyny. Przyznam, iż byłam zaskoczona tym, jak bardzo twórcy popłynęli z tą fantazją. Czyżby nie widzieli całego, ogromnego dyskursu, który się wokół manic pixie dream girls wydarzył w ostatnich latach? A może pokusa stworzenia takiej bohaterki była po prostu zbyt kusząca.
“Wielka, odważna, piękna podróż” mogła być wyjątkowym filmem, choć mam wrażenie, iż powinna najpierw być… książką. Cała otoczka, również marketingowa, wokół filmu tak bardzo przywodzi na myśl ekranizacje książek dla młodych dorosłych! Być może książka pozwoliłaby głębiej zbadać motywacje obu bohaterów, a my dostalibyśmy głębszą, bardziej osobistą historię. Cóż, ja, zamiast się nad tym zastanawiać, pójdę słuchać soundtracku, do czego was też zachęcam.
Film obejrzeliśmy dzięki Cinema City.
O autorce:
Weronika Adamczyk — trochę dziennikarka, trochę recenzentka, trochę studentka scenariopisarstwa na łódzkiej Filmówce. Zainteresowana pisaniem wszystkiego “co się nie rusza”. Prywatnie fandomiara, mama kotki o imieniu Lodzia, fanka “Rejsu” i “Hydrozagadki”.














