PAWEŁ PAWLIKOWSKI: – Nie, tego wcale nie powiedziałem. Przecież wszystkie moje filmy są polityczne. Chciałem tylko przypomnieć, iż sztuka nie powinna przejmować narracji aktywistów i polityków, ale iść swoją drogą i ukazywać prawdę o ludziach, o historii, która, jak wiemy, bywa skomplikowana i pełna paradoksów. Mówić o polityce to nie to samo, co wałkować w kółko te same tematy, przemawiać do swojej publiczności, zamykać się na inne. To nie jest dobre ani dla polityki, ani dla sztuki. Muszę przyznać, iż robienie filmów stało się dla mnie pewnego rodzaju ucieczką od świata, w którym o niczym nie da się rozmawiać szczerze i normalnie. Wystarczą dwa słowa i już podpadasz jednej czy drugiej stronie, i już cię wrzucają do jakiejś bańki, linczują.
Wszystko działa teraz według algorytmów.
Trochę tak jak na Amazonie, kupujesz jedną książkę i od razu wyskakuje cały szereg innych podobnych. Spodobało ci się to – spodoba ci się jeszcze to, to i to. Niestety, tylko to i niekoniecznie tamto. Tak samo z poglądami – jesteś za czymś, więc automatycznie: i za tym, i za tamtym. No nie, niekoniecznie. Długo żyłem w różnych światach i wiem swoje. Pozwólcie mi myśleć à la carte. Być jak Leszek Kołakowski konserwatywno-liberalnym socjalistą. Rozumiem, iż większość ludzi jest dziś pogubiona, boi się samotności, chce należeć do grupy, myśleć według jakiejś jednej narracji. Wszystko musi mieć prosty sens: winny jest liberalizm, Unia Europejska, światowe żydostwo, gender, Ukraińcy. Albo toksyczna męskość, patriarchat, Zachód, imperializm, światowy syjonizm. Najgorsze jest to, iż większość ludzi nie czerpie już wiedzy i wniosków z własnego doświadczenia, bo coraz mniej się w ich życiu dzieje.















