Niemiecki pianista nazwał polski folk „hałasem bez techniki”… aż młoda góralka wzruszyła do łez w …

twojacena.pl 10 godzin temu

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć o jednej niesamowitej nocy w Filharmonii Narodowej w Warszawie. To był wieczór otwarcia Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Klasycznej, wydarzenie mega prestiżowe, na które zjeżdżają muzycy ze wszystkich stron świata. Sala błyszczała, publiczność odświętnie ubrana, rozmowy w tysiącu języków pełne oczekiwania.

Na scenie dopiero co wystąpił znany niemiecki pianista, Klaus Friedrich Simmerman, ma już swoje lata, z siwymi włosami, w smokingu pewność siebie, bo grał już chyba wszędzie, od Berlina po Wiedeń i Carnegie Hall. Właśnie skończył genialną interpretację Koncertu fortepianowego nr 21 Mozarta. Owacje były gromkie, taki szacun, iż aż skóra cierpnie.

Ale w ostatnim rzędzie, prawie niewidoczna, siedziała Zuzanna Kowalczyk, młoda dziewczyna z Kazimierza nad Wisłą, ubrana w tradycyjny polski strój, biały z kolorowymi haftami. W dłoniach trzymała… uwaga klasyczną ludową harmonię trzyrzędową, akordeon, taki, co kojarzy się z wiejskimi zabawami i wieczorami przy ognisku. I nikt w tej sali nie przypuszczał, iż za chwilę jej muzyka wywróci wszystko do góry nogami.

Zuzanna przyjechała na zaproszenie lokalnych organizatorów, którzy chcieli po koncercie klasycznym zrobić mały akcent ludowy taki patriotyczny gest, nie artystyczny, żeby pokazać, iż Polska też ma kulturę. Pięć minut folkloru po trzech godzinach Mozarta i Bacha, tak z grzeczności.

A dla Zuzanny ta harmonia to całe życie. Dorastała w Kazimierzu, gdzie muzyka ludowa to więcej niż dźwięki to sposób, w jaki ludzie rozmawiają z Bogiem, z przodkami, z naturą. Jej dziadek, Stanisław, był jednym z najsłynniejszych harmoniarzy w okolicy. To on uczył ją grać od maleńkości, zawsze mówił: Tą harmonię grasz sercem, nie palcami.

Nie chodzi o nuty, chodzi o opowieść, o ludzi, o ziemię. Dziadek zmarł pół roku temu, a na łożu śmierci wręczył Zuzannie swój stary akordeon: Zanieś to światu, żeby wiedzieli, iż nasza muzyka nie jest gorsza. Inna, ale nie mniej wartościowa. Teraz Zuzanna siedziała i patrzyła, jak Klaus Simmerman odbiera gratulacje.

Kiedy Klaus schodził ze sceny i przechodził obok garderoby, gdzie czekała Zuzanna, usłyszała, jak mówi do dyrektora festiwalu, pana Ulatowskiego: Teraz po mnie będzie folk, tak? Muzyka ludowa? Trochę folkloru na zakończenie?

Tak, panie maestro… tylko krótki występ, parę minut polskiej muzyki tradycyjnej Dyrektor wyraźnie przepraszał.

Klaus spojrzał na Zuzannę, na jej akordeon, jakby to był dziwaczny rekwizyt. Muzyka ludowa… słyszałem to. Prosty hałas, bez techniki, bez formy raczej rozrywka niż sztuka. Nie można tego porównać z muzyką poważną. Folklor jest ładny, ale nie dla fachowców.

Zuzanna poczuła, jak się w niej gotuje. Przed oczami stanął jej dziadek, jego ręce, jego śmiech. Dyrektor festiwalu mamrotał: Nie ma co się przejmować. Oni tak mają w Europie myślą, iż wynaleźli muzykę. Ale te słowa wcale jej nie pomagały.

Zamknęła się w skromnej garderobie. Twarde krzesło, dół sali, żadnego luksusu. Ściskała harmonię, słuchała w głowie słów Klausa: Muzyka bez techniki. Wspominała, jak jako mała dziewczynka siadała dziadkowi na kolana podczas wieczornych zabaw, jak ludzie z Kazimierza tańczyli oberka na deskach, jak śpiewali piosenki o tęsknocie, miłości, pracy. Dziadek powtarzał: Muzyka to modlitwa, opowieść, bicie serca ludzi. 10 minut do występu. Przyszła do niej pani Marta, organizatorka. Słyszałam, co powiedział maestro. Przykro mi, ale…

Zuzanna przerwała: Pokażę mu, czym jest prawdziwy folklor. jeżeli nie zrozumie trudno, jego strata. Poprawiła strój, mocniej złapała akordeon była gotowa.

Mistrz ceremonii wszedł na scenę: Szanowni Państwo, na zakończenie wieczoru, mały akcent dla naszej tradycji zapraszamy Zuzannę Kowalczyk z Kazimierza, która zagra polską muzykę ludową.

Oklaski były uprzejme, ale nie takie, jak dla Klausa. Ludzie patrzyli na nią trochę jak na ciekawostkę. Na scenę wyszła dziewczyna z akordeonem, bez orkiestry, bez blichtru. Wyglądało to skromnie, niepoważnie wobec fortepianu Steinwaya, który stał tam chwilę wcześniej.

Pierwsze dźwięki były delikatne, prawie nieśmiałe, ale już po chwili w sali pojawiła się zupełnie nowa energia. Nie ta czysta, doskonała raczej ciepła, ludowa, prawdziwa. I wtedy Zuzanna zaczęła śpiewać: Tam gdzie Wisła się toczy, tam mój dom… jeżeli nie wrócę w tej ziemi, wrócę po śmierci.

Ludzie, choćby ci znudzeni tą częścią wieczoru, zaczęli słuchać. Francuska wiolonczelistka podniosła wzrok od telefonu. Austriacka sopranistka ścisnęła dłonie na sercu. Nie była to operowa wirtuozeria, ale głos pełen emocji, prosty, pełen życia.

Zuzanna popłynęła z muzyką grała coraz pewniej, coraz szybciej. Oberki, kujawiaki, mazurki każdy rytm niósł historię. Improwizowała: Maestro z Europy mówi, iż moja muzyka to hałas. Ale mój akordeon opowiada to, czego jego fortepian nie umie.

Publiczność najpierw zadrżała, potem ucichła. To już nie był folklor, to była opowieść o Polsce, o ludziach, którzy przez wieki bronili swojej kultury, którzy śmiali się i płakali przy tych samych dźwiękach.

Klaus patrzył i coś w nim pękło. Przypomniał sobie babcię, wiejskie melodie na starym pianinie, łzy wzruszenia jako dziecko i nagle poczuł to wszystko z powrotem. Zuzanna kontynuowała Moje ręce nie mają dyplomów, ale znają każdy akord tej ziemi.

Kiedy zaczęła grać Lipkę, starą pieśń weselną, zmieniła tekst: By zrozumieć moją muzykę, trzeba otworzyć serce, zostawić dumę za drzwiami. Cała sala słuchała w milczeniu, a Klaus płakał bez wstydu.

Ostatni utwór melancholijna Dziad i baba. Zuzanna śpiewała łamiącym się głosem, bo czuła, jak przez nią przemawia cała historia, wszyscy przodkowie, cała Polska. Kiedy skończyła, sala była tak cicha, jakby wszyscy wstrzymali oddech. Klaus wstał, spłakany, i zaczął bić brawa z całych sił. Reszta muzyków dołączyła, potem cała sala, owacja na stojąco.

Klaus podszedł do Zuzanny na scenie, ukląkł przed nią: Przepraszam, byłem pyszałkiem. Ty pokazałaś mi, czym jest prawdziwa muzyka. W sercu masz więcej muzyki niż ja przez całe życie.

Zuzanna płakała razem z nim. Gdy Klaus, drżącym głosem i polszczyzną z akcentem, poprosił: Naucz mnie tej muzyki. Chcę być twoim uczniem! A ona odparła: W muzyce ludowej nie ma mistrzów i uczniów jesteśmy towarzyszami w drodze. I uśmiechnęła się.

Dyrektor festiwalu wybiegł na scenę: Chyba jesteśmy świadkami czegoś wielkiego! Może zagracie coś razem? Pianino wnieśli na środek. Klaus siada, Zuzanna obok akordeon. Znasz Czerwone jabłuszko? pyta. Znam z opowieści, ale nigdy nie grałem. To improwizuj ze mną. Po prostu czuj.

I zaczęli grać ona melodię z głębi duszy, on towarzyszył akordami. Po raz pierwszy nie analizował po prostu był obecny. Dwa światy spotkały się w jednej pieśni. A sala szalała z zachwytu, łzy płynęły, brawa, radość, spokój. Zuzanna i Klaus uścisnęli się jak starzy przyjaciele, a w tym uścisku była cała Polska i cała Europa, cała historia i przyszłość.

Następne dni były szalone. Internet żył nagraniami z nocy, gazety rozpisywały się: Niemiecki mistrz płacze na scenie w Warszawie! Klaus odwołał trasę po Europie, został w Kazimierzu. Codziennie uczył się grać polską harmonię, poznawał tradycje, tańczył oberka z miejscowymi, pił z nimi herbatę, śpiewał.

W końcu, przed wyjazdem do Niemiec, zorganizował konferencję. Pełna sala, kamery, dziennikarze. Klaus mówi: Przyjechałem tu z przekonaniem, iż muzyka klasyczna jest najważniejsza. Ale to ja się myliłem Polska nauczyła mnie, iż muzyka jest w sercu, nie w nutach, nie w dyplomach. Formalna edukacja jest ważna ale bez duszy to tylko puste dźwięki.

Zuzanna i cała społeczność z Kazimierza patrzyli z dumą i wzruszeniem. Klaus mówił szczerze: Jadę teraz po świecie, do Afryki, Azji, Ameryki, by uczyć się od tych, co grają z serca. I zakończył: jeżeli muzyka nie łączy ludzi, to nie jest prawdziwa.

Tak właśnie festiwal w Warszawie, dzięki jednej dziewczynie z polskiej wsi i wielkiemu pianistowi zza Odry, stał się początkiem nowej epoki. Epoki, w której Polacy, Niemcy, Europejczycy, wszyscy razem grają i śpiewają bo muzyka jest rzeką, która płynie w każdym z nas.

A wiesz co? Ten wieczór był najpiękniejszym koncertem, jaki Warszawa kiedykolwiek widziała.

Idź do oryginalnego materiału