Motomyszy z Marsa tom 1: Panika na Czerwonej Planecie – recenzja komiksu

moviesroom.pl 7 godzin temu

Nostalgia to potężna rzecz. I stanowi istotny element wielu udanych kampanii marketingowych. Dzieciaki, których nie było stać na merch z bohaterami ulubionej kreskówki, jako dorośli stają się jego kolekcjonerami. Ludzie przesiąknięci korpo-kulturą nagle odkrywają w sobie rockową duszę, gdy kapela z ich młodości przyjeżdża do miasta. I tak dalej. Motomyszy z Marsa tom 1: Panika na Czerwonej Planecie to dzieło właśnie tego typu. A przynajmniej w pewnej części, bo Melissa Flores dorzuca co nieco do tej legendarnej marki.

Strona komiksu Motomyszy z Marsa tom 1: Panika na Czerwonej Planecie

Władzę na Marsie sprawują Plutarkianie, o których za chwilę. Nie są to włodarze, jakich życzyłaby sobie mysia społeczność, a gwałtownie okazuje się, iż oprócz bycia autorytarnymi gnojami, Plutarkianie mają skłonności ludobójcze. Motomyszy wsiadają więc na swoje maszyny i ruszają, by zrobić z nimi porządek. Ale problem jest znacznie poważniejszy niż sądzili. W tle pojawia się wynalazek pewnej pani naukowiec, który wbrew swemu pierwotnemu przeznaczeniu służy jako broń o sporych możliwościach zniszczenia. Melissa Flores rozpoczyna więc swą opowieść z przytupem.

Jestem człowiekiem, który choćby w prostej historii stara się zobaczyć drugie dno. Flores w Motomyszach z Marsa nie idzie drogą DWJ w Transformers i nie obarcza swoich bohaterów egzystencjalnymi problemami. Nie oznacza to jednak, iż dostajemy dzieło płytkie. Pojawia się żałoba i społeczna frustracja. Plutarkianie to również stereotypowi źli politycy, którzy może są nieco zbyt teatralni i komiksowi, ale robią to, co od czasu do czasu robi z nami wierchuszka tego świata. Trafi to więc do dorosłego czytelnika, ale język i dynamika akcji ma w sobie ślady dzieła dla odbiorcy poniżej 18 roku życia. Ot przyjemna i niegłupia lektura opierająca się nie tylko na nostalgii.

Strona komiksu Motomyszy z Marsa tom 1: Panika na Czerwonej Planecie

Przyznam z ręką na sercu, iż serial animowany Motomyszy z Marsa pamiętam jak przez mgłę. To jedna z tych produkcji, którą oglądałem z chęcią, ale nie na tyle często, by dorównała ona na przykład Dragon Ballowi. Serial powstały w 1993 roku przedstawiał trio głównych bohaterów, którzy awaryjnie lądowali w Chicago. Nadrobiłem więc co się dało i przyznam, iż komiks w swojej formie dobrze oddaje ducha serii. To nie dzieło będące popłuczynami oryginału, choć jak wyżej pisałem, miejscami wątki osobiste ustępują czystej akcji. Do mnie, millenialsa w trzeciej dekadzie życia, trafia to w pełni.

Daniel Gete nie idzie w eksperymenty i jego Motomyszy są tym, kim mają być. Ich styl podobał mi się już w serialu i wierne jego przeniesienie na komiks to ogromny plus, choć to medium pozwala na więcej statyczności i powagi. Flores pozwoliła swoim bohaterom na dojrzalsze emocje, co ma swoje odbicie w sposobie ich ukazywania. Jedynie część z doktorką Hawwki nie trafia do mnie w pełni.

Strona komiksu Motomyszy z Marsa tom 1: Panika na Czerwonej Planecie

Motomyszy z Marsa tom 1: Panika na Czerwonej Planecie to solidna dawka rozrywki dla osób z rozrzewnieniem wspominających kultowy serial, jak i dla młodszego czytelnika, któremu należy podsunąć wyraziste uniwersum niebędące wyciśnięta do cna franczyzą. Melissa Flores zachowuje ducha animacji, dodając jej nieco dojrzałości, ale bez gargantuicznych dawek. Ot tak, by nostalgia zagrała w serduszkach fanów.


Okładka komiksu Motomyszy z Marsa tom 1: Panika na Czerwonej Planecie

Tytuł oryginalny: Biker Mouse from Mars Vol.1: Red Planet Panic
Scenariusz: Melissa Flores
Rysunki: Daniel Gete
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawca: Lost In Time 2026
Liczba stron: 112
Ocena: 75/100

Idź do oryginalnego materiału