Metal, metal i jeszcze raz metal
Pewne wydarzenia muzyczne budzą w fanach muzyki naprawdę wyjątkowe emocje. Jednym z takich była ogłoszona trasa pod szyldem Morbidfest, gdzie na jednej scenie fani z Europy mieli zobaczyć absolutne legendy ekstremalnego grania: Possessed (świętujący 40-lecie debiutanckiego albumu „Seven Churches”), Terrorizer (odgrywając kultowy album „World Downfall”) oraz Massacre. W roli supportów ogłoszono formacje Nightfall i Ater. Niestety, podczas tak dużych przedsięwzięć zdarzają się nieprzewidziane sytuacje. Kilka tygodni przed początkiem trasy, zespół Massacre musiał wycofać się z koncertów ze względu na stan zdrowia wokalisty. Organizatorzy jednak gwałtownie znaleźli rozwiązanie i w zastępstwie zostali ogłoszeni greccy thrash metalowcy z Suicidal Angels.
Pierwszy przystanek trasy odbył się w Polsce, w kultowym klubie Progresja w Warszawie. Kilkugodzinny spektakl otworzył chilijski zespół Ater. Mroczny, ciężki, ale całkiem chwytliwie brzmiący metal. Była to jedyna grupa, której z całego składu nie znałem i podczas półgodzinnego występu zabrakło mi w ich muzyce efektu „Wow”. Następnie na scenie zameldował się jeden z filarów ciężkiego grania z Hellady, czyli Nightfall. Obok Rotting Christ czy SepticFlesh to kolejna nazwa, która od ponad trzydziestu lat wytacza swoją własną ścieżkę. Melodyjny black metal z dodatkiem elementów charakterystycznych dla gotyku porwał polską publiczność i zabrzmiał tak jak należy. Do tego dodam, iż lider i wokalista Nightfall, Efthimis Karadimas, znakomicie nawiązywał kontakt z publicznością i świetnie prowadził cały koncert trwający raptem niecałe czterdzieści minut. Po zejściu Greków ze sceny każdy fan chyba miał lekki niedosyt i poczucie, iż Nightfall zasługiwał na dłuższy set.
Jako trzeci w kolejności wystąpili rodacy poprzedniego zespołu, czyli Suicidal Angels. Grupa wykonująca najbardziej klasyczny w swym rodzaju thrash metal wyróżniała się na tle całego składu i zasklepiła wyrwę, która powstała po wycofaniu się Massacre. Grecy stanęli na wysokości zadania i zaserwowali fanom to, co potrafią najlepiej – agresywny i bezkompromisowy metal. Niestety, byli kiepsko nagłośnieni, co może nie podcięło, ale podwiązało skrzydła „Aniołom”. Moc była, zaangażowanie również, ale brakowało czynników akustycznych do tego, aby występ był wręcz bezbłędny. Fani pod sceną docenili wysiłki zespołu i zaserwowali naprawdę konkretny mosh pit pod sceną.
W końcu nadszedł czas na pierwszą legendę, która przyciągnęła ludzi tego wieczora do Progresji – Terrorizer. Grupa zabrzmiała rewelacyjnie, niesamowicie selektywnie i z pełną energią. Po raz pierwszy widziałem ich w zeszłym roku na Mystic Festival i szczerze powiem, iż teraz zagrali o przynajmniej klasę lepiej. Zresztą o występach death/grindowej legendy od dwóch lat słyszy się praktycznie same pozytywy. Nowy skład w który wchodzi dwóch weteranów: Pete Sandoval i David Vincent oraz dwóch „młodziaków”, czyli Brian Werner i Richie Brown to prawdziwa maszyna do koncertowej demolki. Po godzinie nie było co zbierać. Odegrany w całości „World Downfall” i kilka dodatkowych utworów to najlepsza możliwa uczta z gatunku totalnej ekstremy i nie ma co tu dyskutować. Ciekawostką było również częste używanie przez Briana Wernera szlachetnego polskiego słowa „Napierdalać”, czym regularnie wtórowała mu publiczność, chociaż po koncercie rozmawiając z kilkoma osobami usłyszałem, iż przeprawienie się przez twórczość Terrorizer nie należała do najłatwiejszych. Mam szczerą nadzieję, iż ten skład nagra nową płytę, która być może nie przebije kultowego debiutu, ale jeżeli włożą w nią taką energię z jaką grają koncerty, to album będzie przynajmniej świetny.
Na deser został gwóźdź programu – Possessed. Zespół, który położył wyjęty prosto z piekła kamień węgielny pod death metal z dorobkiem niewielkim, ale ze wszech miar kultowym. Jednak po świetnym występie Terrorizer fani czuli, iż zespół Jeffa Becerry nie będzie miał łatwo w wyścigu o palmę pierwszeństwa tego wieczora. Possessed od pierwszych minut wprawiło fanów w ekstazę, a poruszający się na wózku inwalidzkim Jeff szalał na scenie i zachwycał swoim opętańczo-szaleńczym wokalem, który pomimo ponad czterech dekad od debiutu, nic się nie zmienia. Dla mnie wielką przyjemnością było oglądanie tego niezłomnego człowieka, który lata temu uciekł śmierci spod kosy i cały czas, pomimo przeciwności niesie przed sobą pochodnię death metalu. Album „Seven Churches” został odegrany od deski do deski, a oprócz niego między innymi utwory z EP-ki „The Eyes Of Horror” i ostatniego albumu „Revelations of Oblivion”. Co prawda, Possessed nie mieli zabrzmieli tak selektywnie jak Terrorizer, ale po ich sztuce również nie było co zbierać. Grupa pracuje w tej chwili nad nowym albumem studyjnym i już teraz jestem bardzo interesujący efektów.
Pierwszy koncert trasy Morbidfest odbył się w poniedziałek, co sprawiło, iż Progresja nie była wypełniona po brzegi, ale publiczność dopisała. Po sześciu godzinach ekstremalnych dźwięków opuszczałem klub bardzo zadowolony i z przekonaniem, iż taki zestaw prędko się nie powtórzy (o ile w ogóle). Dzień później grupa zagrała w Gdańsku, a do Polski powrócą jeszcze 7 grudnia, aby zagrać w Krakowie. jeżeli cały czas się wahacie nad tym czy wybrać się na tę sztukę – gwarantuję, iż nie pożałujecie.
Michał D.

















