Óliver Laxe porównuje swoje kino do chleba – ciemnego, trudniejszego do zgryzienia, ale dzięki temu prawdziwie dobrej duchowej strawy. Jego najnowszy film „Sirāt” jest porządnie wygotowaną na platformy streamingowe kwasową zupą, w której misce pozwala zamoczyć nam półczerstwą bułkę z Żabki jeszcze przed weekendową imprezą. Obiecuje doświadczenie transowe, a więc nową wersję filmowego eskapizmu, którą jednak sprzedaje jako rytuał przejścia.