Konwicki wychodzi z szuflady. Mówi dużo o naszych lękach. W tej apokalipsie łatwo się odnaleźć | Wciąż bardziej obcy

polityka.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: Arkadiusz Hapka


Tadeusz Konwicki ma nam dziś do powiedzenia coś bardzo ważnego o naszych lękach, neurozach i o samotności. Sto lat temu, 22 czerwca 1926 r., w Nowej Wilejce urodził się Tadeusz Konwicki, jeden z najważniejszych i najpopularniejszych polskich pisarzy, a przy tym scenarzysta i reżyser, który w ostatnich latach niemal zniknął, zamknięty w szufladce „literatura PRL-u”. Tymczasem jego twórczość czytana dzisiaj brzmi ożywczo, a jej apokaliptyczność koresponduje z naszymi lękami.

Zdegradowane miasto z „Wniebowstąpienia” przypomina scenerię gry „Cyberpunk 2077” albo krajobraz „Blade Runnera”. Proza irlandzka ostatnio wrzuca nas w podobną rzeczywistość stanu zagrożenia i zawieszenia, a to już mieliśmy u Konwickiego. Znajoma licealistka chwaliła „Małą apokalipsę”, bo ta groteska świetnie dziś działa. Twórczość Konwickiego jest zaczepna, podszyta komizmem w obliczu rozmaitych katastrof, które nadchodzą, ale i tych, które już się dokonały. Dwoje ludzi na plaży w filmie „Ostatni dzień lata” ma za sobą traumy, o których nie rozmawiają. W tym wielkim filmie wszystko jest w niedopowiedzeniu.

Konwicki był dalej od nas w latach 90. czy na początku nowego wieku, a teraz znowu jest bliżej, bo nastrój nieokreślonego zagrożenia powraca. Ograniczanie tej literatury do pisarstwa towarzyszącego pokoleniu powojennemu i PRL-u to niesprawiedliwa redukcja. Zwłaszcza iż ma nam dziś do powiedzenia rzeczy bardziej uniwersalne. Pokazuje, iż nie uciekniemy przed historią, jak nam się jeszcze niedawno wydawało. Traumy wracają, nie jesteśmy od nich wolni. Podziały społeczne i polaryzacja nie znikają, można jednak szukać dialogu. Konwicki był też wyczulony na zbiorowe psychozy – takie, gdy „nagle wszyscy w jedną trąbkę dują” („W pośpiechu)”, zupełnie jak dziś w mediach społecznościowych.

Czytaj też: Idź do oryginalnego materiału