Spadaj! Mówię ci idź sobie! Co się tu szlajasz?! Krystyna Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielką tacę gorących pierogów i odepchnęła sąsiadującego chłopaka. No już, wynoś się stąd! Kiedy wreszcie twoja matka zacznie cię pilnować?! Nicpoń!
Chudy jak patyk Staś, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy od dawna przywykli do jego przezwiska, rzucił karcące spojrzenie na surową sąsiadkę i powlókł się w stronę swojego ganku.
Ogromny, podzielony na kilka mieszkań dom był zamieszkany tylko częściowo. Mieszkały tam adekwatnie dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Sękowie oraz Karpenowie czyli Basia z Stasiem.
Ci ostatni stanowili właśnie ową połówkę, którą na ogół ignorowano, dopóki nie pojawiła się jakaś nagła potrzeba. O Basi nikt nie myślał jako o ważnej osobie i nie warto było na nią tracić czasu.
Poza synem Baśka nikogo nie miała ani męża, ani rodziców. Musiała radzić sobie sama, jak umiała. Patrzono na nią z ukosa, ale zasadniczo jej nie zaczepiano no chyba iż od czasu do czasu przegoniono Stasia, zwanego przez wszystkich Konikiem, z powodu jego długich, chudych rąk i nóg oraz dużej głowy na cienkiej szyjce.
Konik był bardzo niepozorny, płochliwy, ale za to miał złote serce. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka, od razu próbował je pocieszyć za co dostawał nie raz burę od rozzłoszczonych matek, które nie chciały mieć tego straszydła w pobliżu swoich pociech.
Kim jest strach na wróble, Staś długo nie wiedział. A potem mama dała mu książkę o dziewczynce Dorotce i chłopiec zrozumiał, skąd to przezwisko.
Ale choćby wtedy nie poczuł urazy. Uznał, iż ci, którzy go tak nazywają, czytali tę książkę i wiedzą, iż Strach na wróble był mądry i dobry oraz wszystkim pomagał, a potem został wspaniałym przyjacielem głównej bohaterki.
Basia, do której syn podzielił się swoimi obserwacjami, nie wyprowadzała go z błędu uznała, iż dobrze, jeżeli widzi świat lepszym, niż jest naprawdę. Tyle zła wokół, a jej syn jeszcze w życiu nałyka się goryczy. Niech chociaż dzieciństwo będzie dla niego rajem.
Syna kochała ponad wszystko. Wybaczyła jego ojcu nieodpowiedzialność i zdradę, wzięła swój los w ręce już w szpitalu i zaraz przerwała położnej wygłaszającej sądy na temat tego, iż coś jest nie tak z chłopcem.
Bzdura! Mój syn to najpiękniejsze dziecko na świecie!
A kto twierdzi inaczej? rozkładała ręce położna. Tylko pewnie geniusza z niego nie wychowasz
To się jeszcze zobaczy! Basia głaskała twarz malucha i szlochała.
Przez pierwsze dwa lata nieustannie woziła Stasia po lekarzach, aż wymogła na nich, by chłopcem zajęto się na poważnie. Jeździła do miasta, trzęsąc się w zdezelowanym autobusie i mocno przytulając synka opatulonego od stóp do głów.
Współczujące spojrzenia puszczała mimo uszu, a jeżeli ktoś chciał ją pouczać, zamieniała się w wilczycę:
Oddaj swojego do domu dziecka! Nie? No to mnie twoje rady nie interesują! Ja wiem, co robić!
Do dwóch lat Staś się wyrównał, przybrał na wadze i nie różnił się zbytnio od reszty dzieci. Tylko urodziwy nie był głowa duża, lekko spłaszczona, rączki i nóżki cienkie, a chudość, z którą Basia walczyła wszelkimi siłami i sposobami, nie opuszczała go.
Ograniczała się we wszystkim, ale dziecku oddawała wszystko co mogła, co miało pozytywny wpływ na zdrowie. Staś, choć niepozorny z wyglądu, coraz mniej wymagał opieki lekarzy, którzy tylko kręcili głowami, widząc jak delikatna niczym leśny elf Basia przytula swojego Konika.
Takie matki to na wagę złota! A przecież dziecko ledwo nie miało orzeczenia o niepełnosprawności! Spójrzcie! Bohater! Inteligentny chłopak!
Tak! Mój syn właśnie taki jest!
Ale nie o synie mowa! Tylko o tobie, Basiu! Tyś tu prawdziwa bohaterka!
Basia tylko wzruszała ramionami, nie rozumiejąc, za co te pochwały.
Czy matka nie powinna kochać swego syna i o niego dbać? Cóż tu za zasługa! Wszystko jest tak, jak być powinno. Ona po prostu robi to, co musi.
Gdy przyszedł czas, żeby Staś poszedł do pierwszej klasy, już świetnie czytał, pisał i liczył, choć trochę się jąkał. To nieraz niweczyło jego talenty.
Staś, wystarczy! Dziękuję! przerywała mu nauczycielka, przekazując głos innemu uczniowi.
A potem narzekała w pokoju nauczycielskim, iż chłopiec niby porządny, ale nie da się go słuchać przy tablicy. Na szczęście Staś miał ją tylko dwa lata. Wyszła za mąż i poszła na urlop macierzyński, a klasę dostała inna nauczycielka.
Pani Maria Ilcewicz była już wiekowa, ale nie utraciła pasji i kochała dzieci tak, jak na początkach kariery. Kim jest Konik, pojęła od razu. Pogadała z Basią i skierowała ją do dobrego logopedy, a od Stasia prosiła prace pisemne.
Tak pięknie piszesz! Z euforią czytam twoje zeszyty!
Staś promieniał pod wpływem tych pochwał, a pani Maria często czytała głośno jego prace, podkreślając, jak utalentowanego ma ucznia.
Basia chodziła ze wzruszenia załzawiona i gotowa była całować ręce, które mimochodem okazywały czułość jej synowi, ale pani Maria natychmiast ucinała podobne gesty wdzięczności.
Oszalałaś?! To moja praca! A chłopak jest cudowny, wszystko będzie dobrze zobaczysz!
Do szkoły Staś biegł podskokiem, czym bawił sąsiadów.
O, nasz Konik skacze! To znak, iż trzeba brać się za robotę. Boże, takie dziecko pokrzywdzić! Po co natura go zostawiła
Co o niej i jej synu sądzą sąsiedzi, Basia dobrze wiedziała. Ale nie lubiła się kłócić i uznawała, iż jeżeli komuś Pan Bóg nie dał serca i duszy, to nie nauczysz go człowieczeństwa.
Nie warto czas tracić na roztrząsanie, czemu tacy są. Lepiej posadzić nową różę pod gankiem albo uporządkować mieszkanie.
Podwórze, z rabatkami pod każdym oknem i małym sadem z tyłu, nikt nie próbował ogrodzić przyjęło się, iż pięciokąt przy schodkach do mieszkania to teren danego lokatora.
Kawałek Basi był najpiękniejszy. Kwiaty, wielki krzak bzu, a schody wyłożone kawałkami dachówek, które wyprosiła u dyrektora domu kultury, gdzie właśnie był remont. Sterta zużytych płytek błyszczała na słońcu jak skarby egzotycznego królestwa.
Dajcie mi to! wpadła do gabinetu dyrektora.
Co chcesz? zapytał zdziwiony.
Dachówki! Oddajcie!
Dyrektor miał ubaw, ale pozwolił zabrać. Basia załatwiła sobie taczkę, do wieczora przebierała w rozbitych kaflach, wybierając te, które nadadzą się do jej zamysłu.
Potem dumna maszerowała przez wieś pchając taczkę, a w środku siedział dumny Konik.
I po co jej ten gruz? dziwiły się sąsiadki.
Ale kilka tygodni później wszyscy zaniemówili, widząc co Basia stworzyła z tych odpadków…
Nigdy nie była w muzeum, nie widziała greckich fresków, nie znała bizantyjskiej architektury.
Jej wyczucie piękna samo ją poprowadziło. Ganek z płytek stał się dziełem sztuki, na które cała wieś przychodziła podziwiać.
No patrz! Prawdziwy majstersztyk…
Basia nic sobie nie robiła z podziwu sąsiadów. Liczył się dla niej jeden komplement:
Mamusiu, jak tu pięknie…
Staś, siedząc na schodku, gładził wzór i rozpromieniał się z zachwytu. Basia znowu płakała bo jej ukochany syn był szczęśliwy.
A powodów do euforii nie miał w życiu wielu. W szkole pochwali nauczycielka albo mama ugotuje coś pysznego i przytuli, mówiąc, jaki jest mądry i dobry. To wszystko.
Przyjaciół Konik miał niewielu z chłopakami nie nadążał, wolał książki niż piłkę nożną; dziewczyny trzymano od niego z daleka, szczególnie sąsiadka Krystyna, mająca trzy wnuczki w wieku pięciu, siedmiu i dwunastu lat.
Nie zbliżaj się do nich! groziła mu pięścią. To nie dla ciebie!
Co się działo w jej pofalowanej trwałą głowie, było zagadką, ale Basia kazała Stasiowi trzymać się z dala od Krystyny i jej wnuczek.
Po co ją denerwować? Jeszcze zachoruje…
Konik zgodził się i nie zbliżał do sąsiadki choćby na odległość strzału. Nawet, gdy Krystyna szykowała uroczystość szedł grzecznie obok, nie próbując choćby dołączyć.
O, moje grzechy! westchnęła Krystyna, przykrywając pierogi haftowaną serwetą. Jeszcze powiedzą, iż jestem skąpa! Poczekaj!
Wybrała parę pierogów i doścignęła chłopca.
Masz! I żeby cię nie widzieć na podwórzu! Mamy święto! Siedź grzecznie, aż matka wróci! Słyszysz?
Staś skinął głową, zgadzając się i dziękując, ale Krystyna myślała już o czymś innym. Zaraz przyjadą dzieci, wnuczki, rodzina się zjedzie. Będzie uczta z okazji urodzin najmłodszej i najbardziej ukochanej wnuczki, Lucynki Krystyna chciała je uczcić z rozmachem. Syn sąsiadki, cherlawy Staś-Konik, był jej całkiem niepotrzebny!
Nie wolno straszyć dzieci takim „wytrzeszczem”! Potem spać nie będą! Krystyna przypomniała sobie, jak odradzała Basi urodzenie go.
Po co ci, Baśka, dziecko? Po co? Nic z niego nie będzie; zginie gdzieś jak ojciec!
Widziałaś mnie kiedyś z kieliszkiem w ręku? Basia zawsze miała ciętą ripostę.
To jeszcze nic nie znaczy! Taka bieda, jak u ciebie, prowadzi w złe miejsca. Co to za matka z ciebie? Co takiego ty dasz temu dziecku? Nic! Zastanów się!
Po tej rozmowie Basia przestała się z Krystyną witać. Dumnie nosiła swój większy, niezgrabny brzuch, choćby nie patrząc w stronę sąsiadki.
Po co się na mnie złościsz, głupia? Przecież chcę ci dobrze! kręciła głową Krystyna, a Basia odpowiadała:
Twoje dobro źle pachnie! A mi niedobrze! i głaskała brzuch: Nie bój się, Koniku! Nikt cię nie skrzywdzi!
O tym, co go spotkało w ciągu ośmiu lat życia, Staś mamie nie opowiadał. Było mu jej szkoda. Gdy bardzo mu dokuczali, płakał po cichu w kącie, ale milczał. Wiedział, iż mama będzie smutna bardziej niż on. Żal spływał po nim jak woda po gęsi, nie zostawiając goryczy. Łzy wycierały wszystko po chwili już nie pamiętał, kto mu dokuczył. Szkoda mu było tylko dziwnych dorosłych, którzy nie rozumieją prostych rzeczy.
Bez żalu i złości żyje się lżej…
Krystyny Matwiejewny Staś dawno przestał się bać, ale szczególnie nie lubił. Gdy groziła mu palcem lub rzucała przykre słowa, uciekał, by nie widzieć jej złych oczu i nie słyszeć ostrych, jak brzytwa, komentarzy. Gdyby zapytała, co sądzi o tym wszystkim, byłaby zaskoczona.
On jej zwyczajnie żałował tak po prostu, jak tylko dzieci potrafią. Szkoda mu było kobiety, która marnuje czas na złość.
Czas Staś cenił ponad wszystko. Już dawno zrozumiał, iż nie ma nic cenniejszego. Wszystko można odzyskać, można naprawić, ale nie czas.
Tik-tak! powie zegar.
I już…
Nie ma tej chwili! Jak nie złapiesz, to zniknie. I nie odwrócisz jej, nie kupisz żadnym pieniądzem, nie wymienisz na najpiękniejszy papierek po cukierku.
A dorośli dlaczegoś tego nie pojmują…
Usiadł na swoim parapecie, żując pieroga, i patrzył, jak po polanie za domem ganiają się wnuczki Krystyny i inne dzieci, które zebrały się na urodziny Lucynki. Jubilatka wirowała w różowej sukience, a Staś patrzył na nią zupełnie jak na księżniczkę czy wróżkę z bajki.
Dorośli ucztowali przy stole pod gankiem Krystyny, dzieci pobawiły się i poleciały grać w piłkę bliżej starej studni na dużej polanie.
Staś, gdy już dostrzegł gdzie biegną, puścił się przez pokoik matki. Z okna sypialni doskonale widział polanę i długo obserwował zabawę, aż zaczęło się ściemniać.
Jedni poszli do rodziców, drudzy wymyślili nowe gry. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starej studni i tym zwróciła na siebie uwagę Konika.
O tym, iż studnia jest niebezpieczna, wiedział dobrze. Mama nie raz ostrzegała go:
Tam obudowa zgniła, a choć nikt z niej od lat nie korzysta, woda wciąż w niej jest. Wpadniesz przepadłeś. Lepiej tam nie podchodź, synku!
Nie będę.
Minutę, gdy Lucynka poślizgnęła się i zniknęła, Staś przegapił. Skupił się na chłopcach, którzy się gdzieś zbierali. Kiedy spojrzał na polanę, zastygł z przerażenia.
Lucynki tam nie było…
Wypadł na ganek w jednej chwili zorientował się, iż Lucynki nie ma i przy stole wśród dorosłych…
Czemu nie zawołał nikogo na pomoc sam nie wie. Schylił się i zbił z nóg po schodach, pędząc na tyły podwórza, choćby nie słysząc, jak Krystyna wrzeszczy:
Komu powiedziałam, żeby siedział w domu?!
Inne dzieci nie zwracały uwagi na Lucynkę. choćby nie zauważyły jej zniknięcia. A tymczasem Staś, dobrnąwszy do studni, zobaczył gdzieś na dnie mignęło jasne światło.
Przytul się do ściany! krzyknął.
Bojąc się potrącić dziewczynkę, położył się na brzegu, wsunął nogi, wślizgnął się między śliskie, spróchniałe drewno i zanurzył w ciemność.
Skoczył do studni, bo wiedział, iż liczą się sekundy Lucynka nie umiała pływać…
To znał, bo sam próbował ją uczyć na wiejskim kąpielisku nie dawało efektów. Lucynka się bała, a babcia ją zniechęcała.
Nie przeszkodziło jej to, żeby nachylając się po wodę, i połykając studzienną wilgoć uczepić się ramion Stasia.
Już! Nie bój się, jestem z tobą! objął ją za szyję, jak uczyła mama. Trzymaj się mocno! A ja będę krzyczeć!
Dłonie ślizgały się po śliskich ścianach, Lucynka ciągnęła go pod wodę, ale Staś zebrał powietrze w płuca i wrzasnął:
Pomocy!
Nie wiedział i nie mógł wiedzieć, iż dzieci z polany rozbiegły się zaraz po tym, jak woda pochłonęła go razem z Lucynką. Nie wiedział, czy starczy mu sił czekać na ratunek. Wiedział jedno dziewczynka w różowej sukience nie może umrzeć! Bo piękno na świecie jest, jak chwile bardzo cenne i szybkoprzemijające.
Jego krzyk nie był od razu usłyszany.
Krystyna, niosąc pieczoną kaczkę na tacy, szukała Lucynki wzrokiem. Zamarła:
Lucynka! Gdzie jest Lucynka?!
Goście pod wpływem alkoholu nie od razu zrozumieli, o co chodzi roztrzęsionej gospodyni, ale po jej krzyku podniósł się alarm na całej ulicy.
Konik raz po raz jeszcze krzyczał coraz słabiej jedno słowo:
Mamo…
I Basia, wracająca z pracy, przyspieszyła kroku, zapominając o zakupach. Przeleciała obok sklepu, nie pozdrowiła sąsiadek plotkujących na schodkach, przybiegła do domu, pewna, iż coś się stało…
Wpadła na podwórze w tej samej chwili, gdy Krystyna chwytała się za serce na schodkach. Nie do końca rozumiejąc co i jak, Basia pobiegła na tyły, gdzie zwykle bawił się Konik i usłyszała jego głos.
Tu jestem, mamo!
Nie musiała zgadywać stara studnia zawsze ją przerażała. Wielokrotnie zgłaszała prośbę w urzędzie, by ją zasypać albo przynajmniej zabezpieczyć. Zrobiła drewniany płotek ale nikogo, poza nią, o studnię nic nie obchodziło…
Nie było czasu w wahanie. Basia pobiegła do domu, chwyciła sznur, na którym zwykle suszyła pranie, wybiegła i krzyknęła:
Za mną! Trzymajcie mocno!
Na szczęście jeden z zięciów Krystyny był na tyle trzeźwy, iż zrozumiał, co robić. Zawiązał mocny węzeł wokół Basi:
Dawaj! Ja trzymam!
Lucynkę Basia wyciągnęła od razu. Dziewczynka uczepiła się jej, cała drżała. Basia od razu zaczęła się trząść z przerażenia.
Ale Stasia nie widziała w ciemności…
Zaczęła błagać tak, jak wtedy w szpitalu gdy rodziła:
Panie Boże! Nie zabieraj!
Szukając na ślepo, poczuła pod dłonią coś chudego, śliskiego. Chwyciła syna, bojąc się choćby pomyśleć, czy żyje. Krzyknęła:
Ciągnijcie!
Podnosząc się z wody, usłyszała cichutkie, ochrypłe:
Mamo…
Na wieś Staś wrócił po dwóch tygodniach w szpitalu jako bohater.
Lucynkę wypisano trochę wcześniej. Napiła się wody, przestraszyła, ale nic się nie stało poza kilkoma zadrapaniami i podartą sukienką.
Stasia czekało więcej niedogodności złamane nadgarstek, trudności z oddychaniem ale miał mamę i wiedział, iż Lucynce nic się nie stało. Staś cieszył się, iż wróci do domu, do swoich książek i ukochanego kota.
Chłopcze ty mój, kochany! Boże, jakby nie ty… łkała Krystyna, obejmując opalonego Stasia. Dla ciebie wszystko, czego zechcesz!
Po co? wzruszył chudymi ramionami. Zrobiłem to, co trzeba. Przecież jestem chłopakiem.
Krystyna, nie mając słów, objęła go jeszcze raz nie wiedząc, iż ten chudy, niezgrabny dzieciak, który na zawsze zostanie Konikiem, za parę lat wywiezie pod ostrzałem wozem opancerzonym pełnym rannych. I każdy obojętnie kto dostanie pomoc, byle ulżyć cierpieniu. Tak samo, jak kiedyś sam wołał: Mamo…
A gdy zapytają: Dlaczego to robisz, skoro tobie tyle złego zrobiono? Konik krótko odpowie:
Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak należy!
***
Drodzy Czytelnicy,
Bo matczyna miłość naprawdę nie zna granic.
Basia mimo biedy i uprzedzeń kochała syna nad życie. Jej oddanie i wiara pozwoliły mu rozwinąć się na dobrego, mądrego człowieka. To przypomnienie o niezwyciężonej sile rodzicielskich uczuć.
Prawdziwy bohater czai się w duszy: Staś, z pozoru nieatrakcyjny, okazał się prawdziwym bohaterem, nie wahając się ratować dziewczynkę ze studni. To jego czyn nie wygląd świadczył, kim jest. Ta historia pokazuje, iż dobroć, odwaga i współczucie to prawdziwe oznaki wielkości.
Sąsiedzi, którzy pogardzali Basią i jej synem, musieli przyznać im rację po bohaterskim czynie Stasia. To opowieść o tym, iż uprzedzenia blakną przy prawdziwej cnocie, a największa lekcja życia to umiejętność wybaczania i czynienia dobra, choćby los był wobec nas niesprawiedliwy. Jak powiedział Staś: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak należy!
Ta historia przypomina człowieczeństwo i empatia wygrywają ze złością i znieczulicą, a prawdziwe piękno pochodzi z serca.
Czy wierzycie, iż dobroć, mimo przeciwności, zawsze znajduje drogę i zmienia świat na lepsze? Jakie chwile waszego życia pokazują, iż najważniejsze bogactwo człowieka kryje się w duszy, a nie w wyglądzie?






