Serce na temblaku
Jabłczyńska mówi spokojnym głosem, raczej ze smutkiem niż goryczą. Podkreśla swoją wieloletnią lojalność wobec produkcji, uczestnictwo w obchodach dwudziestolecia filmu i liczne wywiady. I przypomina, iż odmówiła udziału w kontynuacji „Ja wam pokażę!”, bo nie mieli w niej wystąpić aktorzy z pierwszej części.
Przedstawiła też swoją wersję wydarzeń dotyczących nowej produkcji. „Mam scenariusz najnowszego filmu na swoim mailu. Byłam na spotkaniu z reżyserem. Miałam wstępnie ustalone terminy nagrań. Poznałam mojego potencjalnego partnera do grania w filmie. Następnie otrzymałam telefon, iż podmiot, który wykłada bardzo duże pieniądze na najnowszą produkcję, ma swoją kandydatkę na Tośkę. Ot, tyle”.
Spokój rozczarowanej aktorki nie przełożył się na temperaturę internetowych komentarzy. Wprawdzie z miejsca pojawiły się głosy wyrażające wsparcie i żal, a także przemiłe świadectwa („dzięki pani nazwałam córkę Tosią!”), ale gwałtownie ruszyła też internetowa machina emocji: zapowiedzi bojkotu filmu i wyzwiska pod adresem jego producentów. Ci przedstawili inną wersję wydarzeń: rzeczywiście Jabłczyńska została zaproszona na spotkanie z reżyserem i potencjalnym partnerem, ale w mediach społecznościowych nie wspomniała, iż chodziło o casting. Według producentów były to próbne zdjęcia, w których uczestniczyła jako jedna z sześciu aktorek – i po prostu nie została wybrana, o czym poinformowano ją po tygodniu.
Ja wam pokażę!
Nieoficjalnie rola przypadła Agnieszce Żulewskiej, aktorce znanej z seriali takich jak „Wielka woda” czy „Rojst”, kojarzonej bardziej z rolami dramatycznymi niż komedią. Nie zabrała głosu, ale po wybuchu afery ustawiła swoje konto na Instagramie jako prywatne, być może z powodu nieprzychylnych komentarzy.
Odezwała się za to Katarzyna Grochola, wrzucając dość osłupiające oświadczenie: „Szanowni Państwo, w związku z rozpowszechnianiem przez panią Joannę Jabłczyńską nieprawdziwych informacji dotyczących udziału Agnieszki Żulewskiej, znakomitej aktorki i prawego człowieka, postanowiłam jako producentka podjąć stosowne kroki prawne w jej obronie”. W wywiadzie dla „Super Expressu” zmianę aktorki skomentowała zaś przypomnieniem, iż Tosię grały również Maria Niklińska i Julia Kamińska (w filmie i serialu na podstawie „Ja wam pokażę!”). To dobry argument, ale z drugiej strony w nowej produkcji do roli Judyty wraca przecież Stenka, po której pałeczkę przejęły Grażyna Wolszczak i Edyta Jungowska.
Machina medialna pędzi: pojawiają się kolejne filmiki, screeny z korespondencji (Grochola miała zapewniać Jabłczyńską, iż o nią „walczy”) i wywiady, do dyskusji włączyła się Ilona Łepkowska, scenarzystka „Nigdy w życiu!” – nie zazdroszczę wikipedystom, którzy kiedyś będą musieli to wszystko dokładnie opisać.
A nie mówiłam!
Dziwnie się zrobiło, kiedy zatarła się granica między fikcją, rzeczywistością i warstwą meta. Oto kolejny filmik do sieci wrzuciła Dorota Szelągowska, córka Grocholi. Zwraca się w nim do Jabłczyńskiej: „Asiu, ty nie jesteś Tosią. Ty zagrałaś Tosię w filmie. Ja rozumiem, iż ludzie cię tak postrzegają, ale nie jesteś Tosią. Tosia to jest moja historia. Patrzę od 22 lat, jak bardziej identyfikujesz się z moim życiem niż adekwatnie ja sama. To jest trochę creepy. Bo ty zagrałaś Tosię w filmie — to pewnie był jakiś miesiąc na planie zdjęciowym. Ja to przeżyłam. Przeżyłam, jak moja mama budowała dom. Tam było jeszcze dużo różnych rzeczy.”
Gdy w 2001 roku ukazała się powieść „Nigdy w życiu”, doskonale wstrzeliła się w czas i nastroje. Nie można jej było zredukować do prostego hasła: „polska odpowiedź na Bridget Jones”. W książce Grocholi zamiast perypetii singielki dostaliśmy opowieść o kobiecie, którą mąż porzuca dla młodszej, zostawiając ją samą z nastoletnią córką. Konwencja romantycznej komedii opowiadała historię budowy życia (i domku) od zera, co musiało doskonale rezonować z wieloma rozczarowanymi swoim losem czytelniczkami. Dziś powiedzielibyśmy, patrząc na liczne wątki czerpiące z życia autorki, iż to niemalże „autofikcja”. Szelągowska przedstawia więc Tosię jako literackie przetworzenie własnej biografii.
Właśnie iż tak
„Ja rozumiem, iż jest ci przykro. Rozumiem, iż jesteś rozczarowana, i to jest okej. Przegrałaś. Przegrałaś z Agnieszką Żulewską. Czasem się przegrywa. Nie trzeba wtedy podpalać całego świata. Nie trzeba go niszczyć, bo ludzie na to nie zasługują, Asiu” – kończy swój wywód Szelągowska. Warto jednak podkreślić, iż Jabłczyńska zwróciła się wcześniej do Żulewskiej i przeprosiła ją za bezrefleksyjne udostępnianie materiałów, które mogły w nią uderzać.
Ale oto zza postaci wyszła prawdziwa osoba i mówi, iż to ona ma najwięcej do powiedzenia w sporze o to, kto jest Tosią. Ale przecież nie była Tosią, tylko Dorotą. Autofikcja to przez cały czas fikcja, a postacie przeniesione na papier zyskują własne życie. Książka została zaadaptowana, scenariusz wprowadził zmiany. Filmowa Tosia była już kopią kopii, a potem dostała ciało i twarz aktorki, która dała jej kolejne życie. I właśnie ta Tosia rezonowała z widzami.
To nie pierwszy raz, gdy toczy się spór o autorstwo filmowego sukcesu: kto wnosi najwięcej – autor literackiego pierwowzoru, scenarzyści i reżyser czy aktorzy, z których twarzami zżywają się widzowie? Nie pierwszy raz też aktor czy aktorka rozstaje się z rolą w kolejnej odsłonie w nieprzyjemnych okolicznościach. Zwykle chodzi o pieniądze albo kontrolę. Nie wiadomo, co przesądziło o tej decyzji: produkcja mówi o wyniku castingu, Jabłczyńska – o niejasnej komunikacji i „kandydatce podmiotu finansującego”. Pudełko z emocjami zostało jednak otwarte, a jego zawartość rozlała się po mediach społecznościowych. Temperatura sporu pokazuje jedno – jak ważne były ten film i ta książka dla wielu osób.




![Niespodzianka dla Bachusa – winiarze nagrodzili Marcina Wiśniewskiego [ZDJĘCIA]](https://zachod.pl/wp-content/uploads/2026/09/031fac20f25d163f443dc047d952b4d3_xl.jpg)












