Krzysztof Ogiolda: Podczas twojego benefisu na 50-lecie w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora uświadomiłem sobie, iż blisko 40 lat z tego półwiecza to czas naszej znajomości i – co przynosi mi zaszczyt – przyjaźni. Kiedy zaczynałem pracować jako dziennikarz, dzieliłem z tobą pokój w redakcji nto. Widziałem wiele razy jak dosłownie w parę chwil znajdujesz pomysł na rysunek i równie gwałtownie te „kreski”, jak o nich mówiliśmy, powstają. Były to dla mnie trochę czary. Jak to się zaczęło? Kiedy mały Andrzej Czyczyło odkrył, iż umie narysować konika, choć większość jego rówieśników ani trochę?
– Rysunek towarzyszył mi od najmłodszych lat. W przedszkolu nr 2 w Krapkowicach (bodaj przy ul. Słowackiego) prawie codziennie były jakieś zajęcia plastyczne. To był koniec lat 50. Rytuałem było, iż po skończonych zajęciach pani opiekunka zabierała mój rysunek i szła z nim do kuchni. I tam rozbrzmiewał gromki śmiech. To, co znów Andrzejek narysował, bawiło panie. W domu nie odpuszczałem dosyć szerokim marginesom gazet. To było dość miejsca, żeby rysować Wielką Pardubicką – konika za konikiem. Rysowanie było dla mnie wtedy prawie czynnością fizjologiczną.
– Czułeś się rysując te koniki kimś wyjątkowym?
– Nie, naturalna skłonność dzieci do rysowania, kreacja plastyczna jest atawistyczna. To my dorośli ją zabijamy, także w sobie.
– Ale wszystkie dzieci koników z pewnością nie rysowały. Wiem po sobie.
– Ja też nie zaczynałem od koników. Tylko jak bozia przykazała, od bazgrot niekontrolowanych (kiedy dziecko wyjeżdża poza margines kartki), potem były bazgroty kontrolowane, potem rysowałem głowonogi itd. Dziecko samo z siebie się nie zniechęca, iż czegoś nie potrafi narysować, bo ono na swój sposób zawsze potrafi. Problemy zaczynają się wtedy, gdy słyszy od dorosłych: Co ty Jasiu, gdzie ty widziałeś różowe drzewo? Kiedy uczyłem w studium dla wychowawczyń przedszkolnych, to moim głównym zadaniem było podtrzymywanie u moich uczennic tego elementu zabawy, który pozwala traktować siebie jak dziecko. Nie uczyłem ich rysować. Uczyłem nie hamować aktywności dzieci i stwarzać im warunki do kreacji przez odpowiednie materiały i atmosferę tworzenia.
– Rysowanie to jedno. Ale tym, co doprowadziło cię do benefisu jest sposób widzenia świata, pomysły satyryczne, a także wrażliwość na słowo. Pamiętam zachwyty moich przyjaciół, kiedy w nto ukazał się rysunek eleganckiego, wymuskanego pana w garniturze. A obok niego stała mocno zaniedbana, rozczochrana kobieta bez butów. I podpis: „Boss i żona bosa”. Tego esprit można się nauczyć, czy trzeba ten talent dostać z góry?
– Trudno mi odpowiedzieć. To jest jakaś iskra. Takie mam „ustawienia fabryczne”. A proces przenikliwego patrzenia na świat się pogłębiał. Gdybym miał to porównać do sztucznej inteligencji, która podobno sama się uczy, powiedziałbym, iż jak się to krytyczne oglądanie świata systematycznie uprawia, różne ciągi skojarzeniowe są aktywne, to ten proces się pogłębia. Temat do rysunku samoczynnie przychodzi. Trochę jak u sportowca, który im bardziej regularnie trenuje, tym jest sprawniejszy.
– Do genezy życia Andrzeja Czyczyły należy Chorwacja. Kiedy jeszcze niedawno Chorwaci odnosili wielkie piłkarskie sukcesy, z euforią dzwoniłem do ciebie z gratulacjami…
– Ilekroć Chorwacja wygrywała – a w tych samych latach Polsce szło raczej marnie – dostawałem telefony także od moich nieco złośliwych chorwackich kuzynów, którzy pytali: Za koga navijaš? Komu kibicujesz? Moja babcia była Chorwatką i utrzymuję aktywne kontakty rodzinne z krewnymi w Chorwacji do dzisiaj.
– Pamiętasz babcię, masz jej twarz pod powiekami?
– Oczywiście. Byłem jej najmłodszym wnukiem i całe dzieciństwo spędziłem przy niej. Mama pracowała, więc choćby do przedszkola maszerowałem w towarzystwie babci.
– Uściślijmy, nie w Chorwacji, tylko we wspomnianych Krapkowicach.
– Babcia była zdobyczą wojenną mojego dziadka po I wojnie światowej. Dziadek służył w armii Franciszka Józefa. Wojenne losy rzuciły go aż na Bałkany i tam – w Karlovcu – się poznali. To było wielkie i autentyczne uczucie. Byłem świadkiem tej miłości i wzajemnego szacunku. Głębokich i serdecznych relacji, dziś już rzadko spotykanych.
– Czego najwięcej masz w sobie z chorwackości?
– To jest naród, który ma poczucie humoru. Niezwykle muzykalni zabawę mają w DNA. Przy tym są niezwykle pracowici. Tym, co mi się podoba w mojej rodzinie, jest synteza wielopokoleniowości. Nie ma czegoś takiego, iż młodzi się wyprowadzają i zostawiają starego człowieka własnemu losowi. Tam żyje się i pracuje razem. Przynajmniej na wsi mojej babci i w tradycji mojej rodziny jest to kontynuowane. I to sobie bardzo cenię.
– Mówię to – jako Ślązak z urodzenia i wychowania – z euforią w sercu, iż moglibymy se terozki pogodać abo porzondzić po ślonsku, bo ty poradzisz, pra?
– Tak jest skuli tego, iż dziecka, kere niy godały po ślonsku, to się w Krapkowicach na placu niy bawiyły. Nomem omen na ulicy Kościuszki mieszkały tylko trzy „hadziajskie“ rodziny, w tym Czyczyłowie. Reszta to byli Ślązacy lub wręcz rodowici Niemcy. Ja nie wiem, kiedy ten śląski we mnie wszedł. Został przyswojony na podwórku. Jak się grało w fusbal, obowiązywała zasada trzi rogi elwer. (Przy grze na jedna bramkę trzy wybicia piłki na rzut rożny zamieniało się na rzut karny – red.). Naturalne były dialogi typu: Kaj idzies? Na ryby. Na Bilgraben? Niy jo ida na Army. Co rześ chycioł? Hechtka (szczupak – przyp. red.), suchlytka (ukleja). Tę nomenklaturę wszystkie dzieci przyswajały. Chciałoby się zapytać posła Janusza Kowalskiego: I komu to przeszkadzało.
– Na benefisie wiceprezydent Opola Łukasz Sowada żartobliwie przypomniał, jaka jest niemiecka wersja nazwiska Czyczyło. Odwołuje się do niemieckiego liczebnika trzy – drei i brzmi fonetycznie Drajdrajlo.
– Czyste wypowiedzenie nazwiska Czyczyło rzeczywiście nastręczało dzieciakom pewne problemy. A wersja Drajdrajlo bardzo mi się podoba i jestem z niej dumny. Bo ona mój krapkowicki rodowód podkreśla.
– Czujesz się Ślązakiem?
– Wychowałem się w symbiozie kulturowej. I zgodnie z przysłowiem: Ile znasz języków, tyle razy żyjesz. Mój śląski, może trochę nieporadny, lekko zniemczony – trudno by go było nazwać literackim śląskim – to jest efekt tego, w czym się wychowałem i co przyjąłem w sposób naturalny, nieselektywny. Bo ja przecież przez cały czas jestem Czyczyło, a mój ojciec pochodzi z Chrzanowa.
– Zupełnie jak babiczka z popularnej niegdyś reklamy piwa.
– Czyczyłowie mieszkali w Chrzanowie przy Konopnickiej 8. Dziadek miał duży warsztat malarski. Przed wojną był aktywnym członkiem koła teatralnego przy „Sokole“, budował dekoracje teatralne. I on, i jego synowie byli aktorami. I to jest też mój rodowód. Ale jak przyjeżdżałem na wakacje do Chrzanowa,
to wypominano mi mój śląski akcent.
– Zupełnie naturalnie w naszej rozmowie pojawił się twój tato. Jaki ślad odcisnął na twoich rysunkach i scenografiach?
– Słyszę go, jak mówił: „Od ogółu do szczegółu. Ile razy ci mówiłem: Jak zaczynasz od oka, od nosa, nie ogarniesz kompozycji“. To była stara krakowska szkoła. Ojciec miał nie tylko talent, ale i znakomite podglebie technologiczne. Dziadek miał – jak wspomniałem – warsztat malarski o ustalonej renomie. Brał duże zlecenia. Ojciec miał jeszcze trzech braci, więc pracowali w piątkę. Tato był designerem. Jak malowali kościół, to on brał na siebie całą warstwę projektową. Wycinał szablony, robił ornamenty, złocenia. Był znakomitym technologiem. Jarek Gałęza, dyrektor Muzeum Wsi Opolskiej, zamówił u mnie przed laty wykonanie dużej makiety skansenu. A w tamtych czasach w sklepach nie było farb. Potrzebowałem sporo zieleni i za nic nie mogłem jej zdobyć. To tato mi ją ukręcił. Potrafił dobrać pigment, szpat, obciążyć ją odpowiednio. Umiał to robić jak dawni mistrzowie.
– Jabłko nie padło daleko od jabłoni. Podczas benefisu reżyser Marek Tomasz Pawłowski podkreślał, iż Czyczyło to jest taki scenograf, który nie tylko wie, co chce zrobić, ale też wie, jak w warsztacie praktycznie to wykonać.
– Tak, to jest szkoła mojego ojca.
– Przy obchodach jubileuszu 50-lecia twórczości mocny akcent postawiłeś na przypadającym równocześnie 45-leciu pracy teatralnej. Karierę scenografa zaczynałeś w opolskich „Lalkach“. Przypomnij, co to było.
– Współpracę zaproponował mi reżyser Włodzimierz Fełenczak, Warszawiak, a adekwatnie Łemek. Znał mnie ze „Szpilek“. Był rok 1981, przed stanem wojennym, więc w kraju odczuwaliśmy spory ferment i chwilowy powiew swobody. W tej atmosferze wziął na warsztat sztukę bułgarskiego dramaturga Jordana Radiczkowa „Żelazny chłopiec“. Chciał to zrobić z ewidentnym przerysowaniem satyrycznym. A ja miałem akurat skromną wystawę w ówczesnym Klubie Związków Twórczych w opolskim Rynku. Zobaczył ją, pokojarzył ze „Szpilkami“ i uznał, iż ma satyryka na miejscu, nie musi innego szukać. Ten pierwszy spektakl, jaki zrobiłem, szcześliwym trafem pojechał na festiwal do Warny i został sympatycznie odnotowany przez środowisko teatralne. Zostałem zauważony. niedługo zaczął się stan wojenny, a ja z tą moją jedną scenografią zostałem trochę jak Himilsbach z angielskim. „Szpilki“ zamknięto. Ale niedługo odezwał się Białystok, pojawił się Marek Tomasz Pawłowski i krok po kroku wszedłem w materię teatralną. Szczęśliwie spędziłem stan wojenny w teatrze, doskonaląc się w tej materii. Ale Fełenczak mocno mnie mitygował: Andrzej, nie zaniedbuj satyry. Wracaj do niej.
– Posłuchałeś go?
– Tak, bo to była dobra rada. Żeby być scenografem i jednocześnie satyrykiem i rysownikiem, a nie zamiast. Uczestniczyłem we wszystkich trzech reaktywacjach „Szpilek“. Potem pojawiła się „Gazeta Opolska“, Maciej Siembieda przeflanocował mnie do nto, gdzie pracowałem przez 26 lat. Teraz rysuję też w Tygodniku „O!Polska“.
– Goście benefisu oglądali spektakl Teatru Telewizji „Figurki pana Gracjana“ z twoja scenografią, z udziałem Franciszka Pieczki i młodziutkiej Kingi Preis.
– Pawłowski dał mi przy tym spektaklu popalić. kilka mówił, ale czułem podskórnie jego oczekiwania. Zaproponowałem scenografię w dobrym angielskim stylu, z troską o detale. Jak koledzy zawodowcy oglądali ten spektakl w 1997 roku, podejrzewali, iż uzyskaliśmy pewne efekty animacyjne komputerowo. Co było absolutnie nieprawdą. Żeby łyżeczka sama mieszała herbatę w filiżance, trzeba było w dnie przewiercić dziurkę, dodać gumową uszczelkę. Łyżka była przylutowana na drucie. Animator od spodu tą łyżeczką mieszał. Chcę powiedzieć o puencie tego spektaklu opowiadającego o miłości dwóch porcelanowych figurek – Marianny i Alberta. One zostały rozdzielone, a potem się szczęśliwie odnalazły w pracowni mistrza Lepianki. W jednym z wywiadów Kinga Preis zwierzyła się, iż na planie tego spektaklu poznała swego życiowego partnera Piotra Borowca, który był operatorem kamery. Jest z nim do dzisiaj.
– Raz w życiu robiłem reportaż na planie filmowym. Był to film „Uciekinier“ wspomnianego Marka Tomasza Pawłowskiego z twoją scenografią o ucieczce Kazimierza Piechowskiego i trzech jego współwięźniów z Auschwitz. Wciąż pamiętam dreszcz emocji, choć wiedziałem, iż więźniów w pasiakach i esesmanów w mundurach grają statyści – żołnierze. Jeszcze mocniej utkwiły mi w świadomości płonące oczy pana Piechowskiego.
– Przypominam sobie pierwszą próbę kostiumową. Kazimierz Piechowski był naszym narratorem, a jednocześnie konsultantem. Ćwiczył z tymi młodymi aktorami obozową musztrę, w tym komendę „Mützen ab!“ (Czapki zdejm). On wręcz regulował energią tych chłopaków. Przeżył to na sobie. Wiedział, iż apatyczność groziła więźniowi śmiercią. Esesmani traktowali ją jako brak szacunku. Opowiadał – do dzisiaj mam dreszcze – jak ćwiczył w obozie wrzucanie trupów na rolwagę. Bo jeżeli esesman uznał, iż para więźniów robi to źle, strzelał i zastępował ją nową parą nieszczęśników. Myśmy wszyscy wynieśli z tego filmu niezwykły osobisty bagaż. Ja przeżyłem to tym bardziej, iż w moim rodzinnym domu słowa Oświęcim, Auschwitz wypowiadało się niemal szeptem. Z Oświęcimia do Chrzanowa jest ledwo 20 kilometrów. Wystarczająco blisko, by dało się tam odczuć dymy z krematorium. To słowo budziło we mnie grozę. Dzięki filmom trochę oswoiłem obóz. Wędrowałem tam po strychach i zakamarkach, których turyści nie widzą. Mam udokumentowane kolorowe malowidła umieszczne na stropach nad tzw. apteką.
– Jesteś autorem scenografii do trzech filmów Pawłowskiego związanych tematycznie z wojną. Na tę trylogię składają się obok wspomninego „Uciekiniera“, „Zakazana miłość. Historia Bronki i Gerharda“, a także „Dotyk anioła“. Ten ostatni film był choćby na ścieżce oskarowej, choć nagrody ostatecznie nie dostał.
– Tuż przed benefisem reżyser powiedział mi, iż podczas pokazów tego filmu w Ameryce, właśnie w ramach tej oskarowej ścieżki, która niestety dość gwałtownie się dla nas zamknęła, spotkał Jerzego Antczaka, słynnego reżysera „Nocy i dni“. Kiedy wrócił do kraju, na skrzynce mailowej znalazł recenzję, w której Antczak rozpływa się nad naszym filmem i pracą zespołu. W ostatniej chwili zdążyłem ją umieścić w katalogu benefisu.
– Przypomnijmy, o czym jest „Dotyk anioła”.
– Bohaterem filmu jest Henryk Schoenker, syn ostatniego przewodniczącego Gminy Żydowskiej w Oświęcimiu. Ujawnia on światu niezwykłą, nieznaną historię tragicznej, bo niespełnionej szansy na emigrację Żydów. Zanim zrodziła się idea obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, jesienią 1939 roku powstało w mieście Biuro Emigracji Żydów do Palestyny. Założył je na rozkaz niemieckich władz wojskowych Leo Schoenker, ojciec bohatera filmu. Tysiące ludzi w nadziei na ratunek ściągały do Oświęcimia. Schoenker wezwany do Berlina do Eichmanna pojechał z wielką wiarą i z konkretnym planem międzynarodowego działania. Niestety, na skutek obojętności świata idea legalnej emigracji Żydów legła w gruzach. A Auschwitz, które mogło być dla wielu z nich wrotami do nieba, stało się bramą piekła. To jest niezwykle interesująca opowieść. W tej historii były i takie wątki, które – choć mieliśmy je udokumentowane – do filmu nie weszły. Baliśmy się, iż ludzie nam nie uwierzą. Jest swoistą szczęśliwą ciekawostką, iż żydowska rodzina, o której film opowiada, przetrwała. Ich tułaczka wojenna zakończyła się w obozie Bergen-Belsen. Henryk, który był tam jako 9-letnie dziecko, z powodu choroby przebytej w obozie stracił słuch. Ale do końca życia nienagannie posługiwał się polszczyzną, a mieszkał w Izraelu.
– To nie jest odkrywcze zakończenie jubileuszowego wywiadu. Ale trudno nie spytać o plany na przyszłość.
– Odpowiem żartem, iż po świętowaniu jubileuszu, którego sponsorzy dopisali, a towarzystwo było zacne, zostało mi sporo wina. Muszę więc z konieczności myśleć o jakimś kolejnym benefisie. Żeby się nie zmarnowało.
– A twórczo?
– Zostaję przy tej samej materii. Pawłowski roztacza jakieś wizje. Jestem w różnych przymiarkach, ale czasy są takie, iż więcej na razie nie zdradzę.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania
















